poniedziałek, 23 lipca 2018

WAKACYJNA KOSMETYCZKA



Bardzo wiele osób na w instagramowej ankiecie zagłosowało za takim wpisem więc jest!
To nie jest kosmetyczka, którą bym wzięła na wczasy w tropikach. Byłam na zwykłej polskiej wsi i powiem Wam, że było super :) Chciałam zrobić ładne zdjęcia produktów na łące, ale deszcz padał przez cztery na pięć dni wyjazdu więc się nie udało. Mimo pogody było wspaniale. Brakowało mi chodzenia po polach, spacerów w lesie i przebywania na podwórku przez większość dnia.

Od razu Wam powiem, że części z tych rzeczy nie użyłam. No cóż, lubię być przygotowana na różne okoliczności. Może zachciałoby mi się akurat zrobić pełny makijaż ;) Z pielęgnacji wzięłam więcej produktów, ponieważ moja cera niestety bardzo źle reaguje na zmianę wody a nie chciałam zaprzepaścić efektów jakie ostatnio osiągnęłam. Dzięki temu, że mimo wakacji nie pomijałam moich standardowych kroków w pielęgnacji, wróciłam ze skórą w tylko trochę gorszym stanie.



Zacznijmy od kosmetyków do makijażu. Wzięłam dwa podkłady. W sumie nie wiem po co bo używałam tyko jednego, ale w czasie pakowania nie mogłam się zdecydować. Zarówno Matte Active z Pierre Rene, jak i Blue Lagoon z Piteraq są w lekkich plastikowych tubkach oraz są już prawie puste toteż nie dociążały zbytnio bagażu.
Kocham Matte Active, tutaj możecie przeczytać jego pełną recenzję, kończę już drugie opakowanie, ale ani razu go nie użyłam. Tak wyszło. Moja cera jest w najlepszym stanie od lat zatem nawet jego średnie krycie nie jest mi potrzebne. Poza tym od kiedy kilka tygodni temu w końcu wykombinowałam w jaki sposób nakładać fluid Piteraq, używam go cały czas. Jest to bardzo dobry podkład z naturalnym składem, ale jego konsystencja i zachowanie na skórze mocno różni się od kosmetyków drogeryjnych. Za niedługo napiszę jego recenzję, w której postaram się Wam wszystko wyjaśnić.
Wzięłam również kropelki rozjaśniające Make Up Transformer Drops marki Catrice dlatego, że oba podkłady są dla mnie troszeczkę za ciemne .
Zabrałam ze sobą jeden korektor aby używać go i pod oczy i na ewentualne wypryski. Jest to #InstaReady Full Coverage Concealer  marki Physician's Formula. Świetnie kryje, ma formułę lekko zastygającą i długotrwałą. Bardzo go lubię, szczególnie dlatego, że nie schodzi mi z twarzy przez wiele godzin. W mojej opinii nadaje się pod oczy, bo mimo formuły long-wearing i dużego pigmentu, nie przesusza zbytnio skóry (oczywiście przy używaniu dobrego kremu pod oczy). Z zakryciem wyprysków również radzi sobie bardzo dobrze. Dodatkowo ma bardzo higieniczne opakowanie!



Jak zawsze zabrałam dwa pudry - przesypany do mini opakowania Ben Nye Fair, bo jest najlepszym utrwalaczem korektora pod oczami oraz moje nowe odkrycie, czyli Fixer marki Ecocera. Ten puder ryżowy jest chyba najbardziej matującym pudrem jakiego w życiu używałam. Przy okazji rewelacyjnie utrwala makijaż. Wiem, że teraz modny jest efekt "glow", ale nie oszukujmy się. Jeśli cera ma tendencje do mocnego przetłuszczania się, to w temperaturze 30 stopni po godzinie ten błysk zacznie się pojawiać ;) 
Do makijażu twarzy zabrałam jeszcze brązer Face'n'Body Bronzing Powder z MySecret. Jego odcień nie jest dla mnie ani za ciepły, ani za chłodny, więc pasuje do różnych makijaży. Ma też satynowe wykończenie, które ostatnio bardzo mi się podoba. Z mojej kolekcji (aż trzech!) różów do policzków wybrałam Colourpop Super Shock Cheek w odcieniu Cruel Intentions. Ma on charakterystyczną dla tej marki, ciężką do opisania, kremowo-pudrową konsystencję. Wzięłam go bo można go bez problemu nałożyć gąbką lub palcami. 

Do makijażu brwi zabrałam jeden z najgorszych produktów, jakie ostatnio kupiłam. Pomada Lock o Liner and Brow Cream marki E.L.F. Cosmetics w kolorze Light Brown. Niestety ta pomada jest bardzo gęsta i sucha więc ciężko nałożyć ją w małej ilości na brwi. Rozcieńczam ją kropelkami z Pierre Rene i daje się ją używać, lecz sam produkt w mojej opinii wypada słabo. Kasia z PinkMinkStudio pisała mi, że inne odcienie mają "normalną" konsystencję i są fajne, wiec być może jedynie ten im nie wyszedł.
Oczywiście wzięłam ze sobą moją ukochaną maskarę Glam&Doll z Catrice ;) Nie zliczę nawet ile razy ją Wam polecałam, ale powtórzę - na moich rzęsach jest trwała, idealnie je rozdziela, podkręca i wydłuża. Robi wszystko, czego oczekuje od tuszu do rzęs. 


Ani razu nie użyłam ani bazy pod cienie Wet'n'Wild Photofocus, ani paletki Gemini By Night z Colourpop (swatche i recenzja jest TUTAJ), ani eyelinera Kat Von D. Pewnie gdybym ich nie wzięła, nagle naszłaby mnie ogromna ochota na zrobienie makijażu oczu. 
Do kosmetyczki włożyłam jeszcze 5 pędzli Real Techniques, którymi bez problemu mogłabym zrobić każdy makijaż (Powder Brush, Multitask Face Brush, Multitask Eye Brush, Base Shadow Brush i Eyeliner Brush) oraz pomarańczową gąbkę tej samej marki.

To teraz pielęgnacja :)
Nie wspominałam jeszcze, że nie mam auta, ba, dopiero zaczęłam kurs na prawo jazdy, więc na urlop jechałam transportem publicznym. Dwoma autobusami i dwoma pociągami. Z tego powodu starałam się do minimum ograniczyć wagę bagażu. Niby jechałam do miejsca, gdzie bez problemu mogłam skorzystać z czyjegoś szamponu, odżywki bądź żelu pod prysznic, lecz jak już wyżej pisałam, moja skóra po zmianie wody zwykle wariuje, zatem wolałam używać sprawdzonych kosmetyków. 



Do mycia ciała i włosów wzięłam znany chyba wszystkim płyn do higieny intymnej Facelle Sensitive. Do ciała sprawdza się świetnie, moja skóra głowy jest nadwrażliwa, ale 2-3 razy pod rząd mogę umyć nim włosy i nic złego się nie dzieje. Miałam wszystkie wersje żeli Facelle, wersja Sensitive jest w mojej opinii najbardziej delikatna i uniwersalna.
W roli odżywki do włosów używałam intensywnie regenerującej maseczki do włosów Biovax Diamond. Jest w małym opakowaniu 125 ml, świetnie wygładza włosy, pomaga w rozczesywaniu i niweluje puszenie.
Zamiast balsamu do ciała wzięłam mój ukochany krem, który zawsze ratuje moją skórę, czyli Miya myWONDERBALM Call Me Later. Ma bardzo emolientowy skład więc świetnie natłuszcza skórę, zawiera też nawilżającą glicerynę. Zabrałam ten krem również jako ratunkowy kosmetyk do twarzy. Jest bardzo uniwersalny i nie wyobrażałam sobie wyjazdu bez niego!
Moim kremem na dzień i filtrem jednocześnie jest niezmiennie od ponad roku Kiss My Face Face Factor SPF30. Zużyłam już z dziesięć opakować i lecą do mnie kolejne dwa. To jest miłość! Ten filtr ma wystarczające na dzień właściwości pielęgnujące. Na wyjeździe służył mi również jako filtr do ciała. Choć zwykle na całe ciało stosuję kremy z filtrami mineralnymi bo na ciele nie mam obaw, że zniszczę makijażem właściwości chroniące przed słońcem, ale nie chciałam brać dużej butelki. Pełną recenzję produktu Kiss My Face możecie przeczytać TUTAJ

 

Z kremem na noc trochę zaryzykowałam bo wzięłam Naffi z Iossi, który zaczęłam używać tydzień przed wyjazdem. Dwa tygodnie stosowania to oczywiście za krótko, żeby wyrazić opinię o kremie. Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jest bardzo wydajny. Kupiłam małe opakowanie (15 ml) i ubytek produktu po 2 tygodniach jest niewielki.
Oczywiście na urlop zabrałam mój ulubiony krem pod oczy na dzień, czyli bio krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka z firmy Make Me Bio. Używam go od miesięcy. Świetnie nawilża skórę i przygotowuje ją na nałożenie korektora. Na noc jest dla mnie trochę za mało odżywczy. Z tego powodu zabrałam maseczkę pod oczy z Isany. W domu na noc używam kremu Mokosh, ale nie chciałam go zabierać bo byłabym bardzo zła, gdyby mi się zbiło szklane opakowanie. Nie jest tani a mam 80% produktu więc strata byłaby spora. A maskę Isany lubię. Jest to kosmetyk odżywczy i nawilżający, zawsze zabieram go na wyjazdy. Opakowanie jest podzielone na 4 części po 1,5 ml - jedna spokojnie wystarczyła mi na 5 dni używania.



Dobrych toników w domu mam kilka, na wyjazd wzięłam ten, który ma najmniejsze opakowanie, czyli Douglas Naturals Face Tonic. Oprócz wielu składników nawilżających zawiera on olej arganowy, co jest ciekawym dodatkiem do toniku. Kosmetyk działa tak, jak ma działać dobry tonik - wyrównuje pH i nawilża cerę. Polecam!
Nie będę Wam dokładnie opisywać produktów, które wzięłam do demakijażu i oczyszczania skóry, ponieważ wpis z dokładnymi informacjami o nich pojawi się za tydzień. Zdradzę tylko, że zabrałam moich ulubieńców: płyn micelarny Isana, domową mieszankę olejów i maseł oraz żel z Aubrey Organics - świetne trio!
Oczywiście zabrałam też antyperspirant - tym razem był to Motion Protect z Isana. Nie jest najlepszy, ale jak nie ma dużych upałów daje radę :)
Miałam w domu kilka próbek różnych glinek, które zabrałam "w razie czego". Nawet najprostsza maseczka, czyli glinka+woda potrafi pomóc. Wykorzystałam jedną paczuszkę z zieloną glinką Ilite, która zaleczyła kilka wyprysków, które zaczęły mi wychodzić. 


A Wy co zabieracie na urlop? Jedziecie gdzieś w tym roku?

Jak zawsze życzę Wam miłego dnia i udanych wakacji!
Ewa

4 komentarze:

  1. Ja już byłam na wakacjach - w styczniu w Tajlandii a w czerwcu na Ziemi Kłodzkiej (m.innymi w Lądku) - samą mnie zdziwiło jak niewiele kosmetyków używałam. Moim największym odkryciem tego lata i jednocześnie ulubieńcem jest deo w kremie Pony Hutchen. Sprawdził się i w tropikach i w letnich "mrozach" wyśmienicie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Zazdroszczę Tajlandii! Jak było?
      Dezodorant Pony testuję od jakiegoś czasu i na razie jestem bardzo zadowolona :)

      Usuń
  2. mogliby ten micelek zrobic w duze wersji bo jest super :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Happy Rabbit , Blogger